Nie mam na nic czasu, nawet na pisanie. To przykre.
Erwin wpatrywał się w niego dość długo. Jednak nie doczekał się odpowiedzi. Odetchnął głęboko i dokończył to zaczął wcześniej z Levim. Po czym udał się na spoczynek.
Levi w nocy nie mógł zasnąć. Wpatrywał się beznamiętnie w plecy Kapitana. Każdy mięsień rysował się pod skórą. Każdy nawet najmniejszy ruch majestatycznie nimi poruszał.
Przetarł zmęczone oczy. Jednak sen nie nadchodził. Z oddali słyszał dziwne szmery. Skierował wzrok w tamtą stronę. Były to tylko konie.
Usiadł i postanowił chociaż się do czegoś przydać. Zaczął pilnować ich niewielkiego obozu.
Kilka godzin później byli już w połowie drogi do pierwszej wioski. Nim do niej wkroczyli zatrzymali się na pagórku i zjedli posiłek. Marny, bo składał się z suszonego mięsa, czerstwego chleba i wody.
Levi, zresztą jak często jadł w ciszy. To, co wydarzyło się wcześniej... Na samą myśl jego policzki przybierały kolor purpury. Wziął 10 wydechów i otworzył, wcześniej zamknięte oczy.
Rozglądnął się uważnie. Wzrok po chwili zawiesił się na horyzoncie. Patrzył na wschodzące słońce.
Chwilę tę przerwała mu Hanji. Niemal wrzasnęła mu do uszu
- Kurduplu! W co się tak wpatrujesz?
- Nie twój zasrany interes wariatko. – Uniósł się i wyprostował zdrętwiałe mięśnie.
- A właśnie, że mój... Jedziemy na tym samym wozie!
- Ohh... Przykro mi, ale mój zmienił nieoczekiwanie kierunek. – Ruszył się z miejsca tak, aby kobieta nie zdążyła odpowiedzieć.
Erwin obserwował wszystko z boku. Rozmasował bolące skronie i skinął na Hanji. Podążył za Levim prowadząc konia.
***
Wioska, jaką mieli odwiedzić to wznosząca się niedaleko dystryktu Hermina, niewielka osada. Jednak nadzieja pozostawała, że znajdą tam potrzebnych żołnierzy.
Kilka domów, tych pierwszych było opuszczonych. Jednak te dalsze, zamieszkane były w lepszym stanie. Nie odpadała z dachu dachówka. Ściany jako tako w całości. A z kominów unosił się dym. W końcu zbliżała się jesień.
Hanji wbiegła przez pole wprost na pierwsze domostwa. Kilka kur i kogutów rozbiegło się po całym terenie. Nie było ich wiele ale zdolne były chodź trochę wyżywić mieszkańców.
Z oddali było słychać szczekanie psów. Alarmowały swoich właścicieli że mają niespodziewanych gości.
Jak na ostanie dni lata nadal było ciepło, na drzewach w pełni rozkwitu przeróżne kwiaty witały ich swoim zapachem,. Wszystko tak spokojnie wyglądało. Z oddali słychać było szum wody.
Levi szedł nie daleko Hanji. Obserwował ją uważnie aby nie zrobiła nic głupiego. Położył ręce na mieczach w gotowości.
Po chwili już byli w połowie drogi. Naprzeciw wychodzili im ludzie ciekawi co się dzieje. Inni patrzyli ze strachem a kolejny z ciekawością.
Erwin w końcu stanął i zaczął przemowę. Ludzie jednak kręcili głowami na znak że nie mają zdolnych ludzi aby mogli wstąpić do wojska. W kolejnej wiosce było to samo.
Zrezygnowany Kapitan z całą załogą wrócili pod koniec dnia do kwatery. Wszyscy patrzyli na ich z wyrzutem. Tyle im obiecali. A tak naprawdę wrócili z pustymi rękami.
Pod koniec dnia oddział wyszedł na spacer a Kapral z Kapitanem zostali tłumacząc się że mają sprawę do obgadania. Tak naprawdę ani jeden ani drugi wcale tego nie zrobili. Chcieli zostać sami.
Chwilę potem były słychać kroki na zewn ątrz na dziecińcu. To Levi. Wkroczył do stajni. Złapał lejce konia i wskoczył na niego szybko. Obejrzał się za siebie i poklepał konia po szyi po czym podsunął mu jabłko zabrane z kuchni. Przytulił twarz i zaciągnął zapachem. Przypominał mu tak wiele.
Zaraz obok szedł wolno po podwórzu Erwin. Spacerował od jednego miejsca do drugiego, nie okazując przy tym jakiegoś specjalnego zainteresowania. Miał obojętny wyraz twarzy. Po chwili wstąpił do stajni. I w tym samym momencie zobaczył Kaprala. Oparł się o framugę i uśmiechnął pod nosem.
Zerknął w stronę Erwina – Hę? - Przygotowywał się właśnie do jazdy a po wcześniejszych uczuciach do konia nie było ani śladu. Sprawdzał czy siodło zostało dobrze osadzone.
Spojrzał w jego stronę. - Nic. - mruknął i podszedł do jego wierzchowca. Poklepał go po pysku i przeczesał palcami czarną grzywę konia. - Często tu ostatnio przychodzisz - powiedział cicho
- A coś w tym złego ze lubię zwierzęta? - odgarnął włosy z czoła. - A może... chcesz ze mną się przejechać?
Erwin uniósł brew ale po chwili kąciki jego ust podniosły się w lekkim uśmiechu. - Jasne. podszedł do konia stojącego obok w boksie i osiodłał go. Trwało to chwilę.
Levi wyprostował się i klepnął konia - Rzadko ostatnio rozmawiamy Erwin. Nienawidzę twojego pracoholizmu. A ja? Gdzie ja? - zacisnął usta w wąską linie.
Kapitan westchnął - Nic na to nie poradzę. Rozumiem twoją irytacje ale uwierz mi... mnie też jest ciężko. Ale kiedy przebrniemy przez to wszystko to będziemy już zawsze razem - rozgadał się bardziej niż zwykle i przejechał palcem po jego ramieniu. Spojrzał mu w oczy. Chciał by wiedział co czuł.
Kapral jednak nie patrzył w jego oczy. - Mówisz tak codziennie. To boli wiesz? - pokręcił głową - Jedźmy już. Bo się ściemni niedługo.
Umilkł i wbił wzrok w ścianę stajni. Po chwili złapał za uzdę i wyprowadził wierzchowca na zewnątrz.
(jak są błędy to bardzo przepraszam, w nocy się ciężko piszę ;-; )